niedziela, 10 grudnia 2017

Zima

Deszczem, śniegiem, chłodem przyszedł grudzień. Do wiosny wciąż daleko, ale bliżej z każdym dniem. Na rowerze coraz bardziej marznę, ale nic to, takie uroki jeżdżenia o tej porze roku. I gdy jeszcze miałam nadzieję, mogłam nie dostrzegać tej aury. Gdy mi tę nadzieję odebrano, aura postanowiła się zmienić, zachwycić, stać się idealnym tłem do romantycznych spacerów i wspólnych przejażdżek. 

środa, 29 listopada 2017

koniec listopada

Tegoroczny listopad był trudny. Listopady zwykle są trudne, ale ten jakoś bardziej niż rok temu. To się zdarza. Listopad jest taki ni w 5, ni w 9. Jestem już po urodzinach, więc przychodzi refleksja nad upływającym czasem, który ani myśli zwolnić, a jeszcze złośliwie przyspiesza z roku na rok. A do świąt wciąż daleko - do tego ciepłego światła ze sklepowych witryn obwieszonych lampkami, do tych wszystkich korzenno-choinkowych zapachów i do tego ciepła płynącego z samej magii świąt - gdy spinamy się wszyscy, by ich nie zepsuć, by być dla siebie miłym. I czasem tylko zapominamy, by być miłym dla samego siebie. Ale to święta.

czwartek, 9 listopada 2017

26

Za mną kolejny rok życia. Za mną chyba najobfitszy w zmiany rok. Na początku dał mi w kość. Mocno, z całej siły. Zafundował dziką karuzelę. Pod koniec pozwolił odpocząć, złapać oddech.

W swoich planach życiowych już nie wybiegam lata na przód. Patrzę przed siebie na kilka miesięcy, bo zbyt wiele może się wydarzyć, by dziś decydować o tym, co za 10 lat. Żyję chwilą, bo na razie jeszcze mogę. Owszem nadejdzie czas podejmowania kolejnych życiowych decyzji, ale to jeszcze nie dziś.

Przyszła jesień. Mglista, zimna, mokra. Nie lubię jesieni. Wolę już mroźną i słoneczną zimę. Bo tej błotnistej i szarej też nie lubię. Czyli połowy roku w naszym klimacie nie lubię. No są momenty, gdy nie umiem być hurraoptymistyczna, mimo że obecność w internecie wywiera presję na ten absolutny optymizm, tryskanie doskonałym humorem, zdrowe koktajle, brak oleju palmowego i wysoko przetworzonych produktów.  Sama jestem produktem wysoko przetworzonym. Przez kulturę, społeczeństwo, dotychczasowe życie. Nie widzę więc powodu, by unikać czekolady. 

Jeżdżę. Od roku znowu poważniej, zdecydowaniej i mocniej. I nie zanosi się na koniec. Jeżdżę do pracy i z pracy, po pracy i przed i w wolne dni. I w domu. Właściwie niewiele ponadto robię. Bo jesień nie sprzyja robieniu czegokolwiek, a rowerem można jej trochę uciec, udawać, że wcale nie jest zimno i smutno i szaro. Że jest lepiej. I chociaż przez chwilę jest. To ten słynny wrzut endorfin od ruchu. Trochę jak narkotyk - uzależnia psychicznie i fizycznie, w pewnym momencie nie da się już bez. 

Więc jeżdżę. Zajeżdżam złe myśli. 

sobota, 7 października 2017

Minął rok

Ponad rok temu okutana w różowy koc kontrastujący z turkusowymi końcówkami dredów robiłam zdjęcia na starcie maratonu w Rewalu. Blady świt rozjaśniał nadmorskie mgły. Młody przystojny mężczyzna uśmiechał się szeroko do obiektywu razem z moją mamą. W słabych warunkach oświetleniowych nie wyłapałam ostrości, zdjęcie jest poruszone. I stało się kamyczkiem, który pociągnął za sobą lawinę zmian. Chora reakcja była kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Nadszedł najbardziej przełomowy czas w moim życiu.

piątek, 18 sierpnia 2017

To już

Długi weekend dobiegł końca w pociągu KD. Najpierw urodziny znajomego, później fotografowanie na rowerowej imprezie, trochę wspólnie spędzonego czasu.

Poniedziałek od rana w pracy, później na rowerze do mamy. Po drodze wywrotka i wahania względem niedzielnego powrotu - stanęło na rowerowym dojeździe na stację PKP. Ale wcześniej ognisko, fasolka, ciepłe od słońca jeżyny, hamak pod orzechem. Lato się kończy, a ja czuję, że jestem wypoczęta. Lista wyzwań na jesień powoli się tworzy, ale nic na siłę. Mam na to czas, energię i chęć. Godzę się z tymczasowością obecnych rozwiązań. Z ekscytacją myślę o zmianach, które kiedyś nadejdą, jeszcze nie teraz, ale wkrótce, za jakiś czas. Po wydarzeniach tego roku wiem, że zmiany są ok. Że są lepsze niż trwanie w miejscu, gdzie nas gniecie i uwiera. Zamykam szczęście w smakach, zapachach i widokach. Przeżywam i doświadczam. Żyję. 

niedziela, 6 sierpnia 2017

Spokój

Dobiega końca kolejny dobry dzień. Los odwrócił się już chyba na dobre. Mieszkam nieźle w przepięknym Wrocławiu. Mam pracę, którą lubię - może to entuzjazm nowości, ale odpowiada mi obecny stan zawodowy. Pracuję w markecie budowlanym, jestem doradcą klienta, czyli najmniejszym trybikiem tej machiny, ale płacą mi lepiej niż w szkole, otoczona jestem świetnymi ludźmi, którzy mają do mnie ogromną cierpliwość, uczę się nowych rzeczy, które okazują się naprawdę ciekawe. Nie żałuję ukończonych studiów - dowiedziałam się w ich czasie wielu ciekawych (niekoniecznie przydatnych) rzeczy. Wiem jednak, że w najbliższym czasie raczej nie będę robiła nic związanego z ukończonym kierunkiem. Nie jest mi szkoda. Jestem z fantastycznym mężczyzną. Troszczy się o mnie, opiekuje, docenia. Jest narcyzem i egoistą, ale w granicach, które akceptuję, bo wymagam jego akceptacji dla tych samych przywar u mnie - moja pewność siebie i poczucie własnej wartości nareszcie wraca do przedślubnej normy. Uczę się funkcjonować w związku na nowo cały czas przez ostatnie pół roku. Mam wokół siebie także innych wspaniałych ludzi, którzy nieustannie mnie wspierają.

środa, 2 sierpnia 2017

Zmiany

Zmiany. Pęd na przód. Nowe miejsca, twarze, smaki. Doznania i przeżycia. I w przód, przez sztorm, ku bezpiecznej przystani. Najpierw wyrwać się z klatki, z której zeszło już złocenie. Wylecieć z impetem, zatrzasnąć za sobą drzwiczki z hukiem, niech się rozdzwonią.
Później uciec od właściciela klatki, roszczącego sobie prawa do posiadania jej lokatorki. Nie dać się zaszczuć, wyjść obronną ręką, wylizać się z ran, wyciągnąć naukę z blizn. A na koniec uciec od marazmu codzienności, która zaczyna cisnąć, z której wyrasta się z wiekiem.
Pokonałam przeciwności losu. Rozpoczęłam nowe życie. Po dziewięciu miesiącach od zamknięcia za sobą drzwi urodziłam się na nowo. Musiałam, pozwalając sobie umierać kawałek po kawałku przez ostatnie lata. Dusząc się w za ciasnej klatce. Biorąc na klatę wszystkie słowa-noże. I słowa-siekiery. Walcząc, gdy nie było o co. Gdy należało wstać i wyjść już dawno.
Uczę się. Nowych rzeczy i nowej siebie. Uczę się na nowo ludzi i świata. Odnajduję swoje miejsce między tymi pierwszymi i w tym drugim.
Było mi trudno wydostać się z marazmu, wygrzebać z kokonu, w który się owinęłam, ruszyć do przodu. Było mi trudno rzucić wszystko, postawić na jedną kartę, wyjechać, spróbować, niemal w ciemno. Jedna zmiana ciągnęła jednak za sobą kolejne, stawała się ich naturalną przyczyną. Niemożliwym jest zatrzymanie tego procesu na siłę, bo wówczas człowiek wpada jeszcze gorzej – stając w pół drogi, w rozkroku między wczoraj a dziś, w wiecznej nocy.

Poradziłam sobie. Piszę z miejsca, w którym chcę być w tym momencie swojego życia. Z miejsca, którego nie planowałam jeszcze rok temu. Z miejsca, które uczę się nazywać domem, mimo widma tymczasowości, jakie powoduje ciągły pęd ku zmianom, ku rozwojowi, nauce. Nie zatrzymuję się.